"VIA FERRATY DLA TATR WYSOKICH"
Juliusz Wysłouch NA SZLAKU 10/2003
Ukształtowany przez dziesięciolecia, a zwłaszcza przez lata 60. i 70. XX wieku, model turystyki tatrzańskiej nie służy dobrze ani turystom, ani górom i ich przyrodzie. Kilka pokoleń wczasowiczów i turystów zostało nauczonych i przekonanych, ze każdy może wejść na każdą górę, może korzystać z każdego szlaku. To skutek kształtowania modelu tzw. turystyki masowej i jakkolwiek nie neguję samego pojęcia, to zupełnie inaczej je interpretuję, raczej jako turystykę powszechną. Pęd do gór, do Tatr w szczególności, jako do perły krajobrazu i narodowego dobra, był i jest czymś naturalnym. Są Tatry górami wyjątkowymi i nie ma co do tego wątpliwości. Sporo jednak szkody w świadomości ówczesnych turystów zrobiły rzeczywiście masowe imprezy turystyczne oparte na ideowym podłożu oraz upowszechnienie na masową skalę łatwo dostępnego wypoczynku w górach przy okazji korzystania z popularnych wczasów pracowniczych Jednocześnie nie prowadzono odpowiedniej turystycznej edukacji, myślę o skali masowej, poza środowiskami klubowymi.
Pogląd, że każdy może wejść wszędzie, zaowocował wkrótce masową eksploracją szlaków wysokogórskich. Przejście niektórych szlaków stanowiące przed II wojną światową nobilitację turysty, świadczące o jego umiejętnościach i turystycznym wyrobieniu, stało się tym, czym jest przejście zakopiańskiego deptaka. W wysokie partie gór ruszyli wszyscy: szkolne wycieczki, zakonnice w habitach, zakładowe wycieczki w półbutach i garniturach. Takie i podobne widoki potwierdzają jedynie błędne przekonanie setek tysięcy osób o łatwości szlaków i dostępności gór. W sezonie letnim, bo na nim należy się skupić, frekwencja na wysokogórskich szlakach w Tatrach często przekracza granice pojemności tych szlaków, często turyści podążają jeden za drugim tworząc zatory w trudniejszych miejscach, stwarzając zagrożenie bezpieczeństwa tak dla ludzi, jak i dla przyrody gór. Efektem są nieszczęśliwe wypadki wśród turystów, hałas i zaśmiecenie terenu i najbardziej widoczna erozja turystyczna. Tłok powoduje wymijanie się turystów obok szlaku, co skutkuje naruszaniem głazowisk i piargów oraz spuszczaniem kamieni. Jest to codzienność na zboczach Świnicy, w Żlebie Kulczyńskiego czy w żlebie pod Rysami. W węzłowych i widokowych miejscach gromadzą się turyści, by odpocząć lub zjeść posiłek. Próbowano zapobiec zaśmiecaniu terenu, jednak działania takie, jak ustawianie koszy na śmieci, na przykład na Zawracie, nie tylko nie przyczyniają się do utrzymania czystości, ale wręcz powodują dodatkowe zaśmiecenie rejonu przełęczy.
Trzeba stwierdzić, że do takiego stanu rzeczy niebezpiecznego dla turystów i dla gór przyczynia się budowa niektórych szlaków wysokogórskich. Problem ten prawie nie występuje po słowackiej stronie Tatr, gdzie bardzo ograniczony jest dostęp w wysokie partie gór, możliwy jedynie z wynajętym przewodnikiem. Nie ma co ukrywać, że wielu turystów o wysokogórskich ambicjach i wspinaczy, zwłaszcza z Polski i Czech, omija przepisy TANAP i realizuje swe górskie plany niezgodnie z obowiązującymi tam przepisami.
Sam przebieg szlaków w rejonie Doliny Gąsienicowej, Doliny Pięciu Stawów i w rejonie Morskiego Oka właściwie nie przyczynia się do ich masowej eksploatacji. Ową masowość powoduje pozornie łatwa dostępność tych szlaków. Pozornie, ponieważ miejscami prowadzone są w trudnym dla przeciętnego turysty terenie, czym jednak nikt się nie zraża. Powszechna jest świadomość, bądź przekonanie, że w tym terenie może poruszać się każdy, ponieważ na szlaku są ubezpieczenia. Tymczasem nie są to ubezpieczenia, jak czytamy w przewodnikach, folderach i na mapach, tylko sztuczne ułatwienia. Stosowane na tych szlakach łańcuchy są głównym elementem ,,uzbrojenia" szlaku. Do tego dochodzą drabinki i klamry. Ani klamry, ani ciągi łańcuchów nie są ubezpieczeniami, stalowe drabinki to też tylko element ułatwiający. a raczej umożliwiający pokonanie trudnego terenu. Dlatego nie można się dziwić ilości wypadków mających miejsce najczęściej w miejscach tzw. ubezpieczonych: ktoś pośliznął się na klamrze; komuś wyleciał z ręki oblodzony czy mokry łańcuch. Sposób korzystania z tych ułatwień stwarza zagrożenie w masowym ruchu na szlakach. Najprostszym przykładem są grupy ludzi trzymające się jednego łańcucha. Wystarczy, że ktoś poruszy mocniej łańcuchem, a już stwarza zagrożenie - inny nieprzygotowany na to turysta może zareagować nerwowo, może też wypuścić łańcuch z dłoni, często poruszany przez innych łańcuch przyciska dłoń turysty do skały, co skutkuje jej obrażeniami.
W Alpach, zwłaszcza w Dolomitach, niezwykłą popularnością cieszą się wysokogórskie turystyczne szlaki wspinaczkowe, czyli via ferraty. Dzięki nim wielu turystów ma możliwość bezpiecznego wspinania się wysoko w górach i w sposób naturalny dokonuje się selekcja turystów na szlakach. Upraszczając nieco, można podzielić ruch turystyczny w Dolomitach na wycieczki po drogach i ścieżkach w dolinach, wycieczki górskie w łatwym terenie, wycieczki wysokogórskie nie wymagające wspinania, wycieczki wysokogórskie z wykorzystaniem szlaków ubezpieczonych (via ferrat) i częściowo ubezpieczonych via normale. Szlaki są znakowane i odpowiednio przedstawione na mapach, przy czym w legendzie znajduje się krótka, ale wystarczająca charakterystyka szlaku. Inaczej pokazano namapach łatwe szlaki w dolinach, inaczej odcinki wyprowadzające na przełęcze, inaczej perci w terenie wysokogórskim. To zróżnicowanie powoduje zupełnie inną niż w naszych Tatrach strukturę ruchu turystycznego w górach. U nas na sto osób wychodzących lub wyjeżdżających kolejką z Kuźnic na Halę Gąsienicową lub Kasprowy Wierch połowa idzie dalej i wyżej na Orla Perć lub przez grań do Doliny Pięciu Stawów. Tam na sto osób wychodzących z dolin (z pensjonatu, parkingu) 50 dochodzi tylko do najbliższego schroniska (co można porównać z dojściem do schroniska Murowaniec i do Czarnego Stawu na Hali Gąsienicowej), kolejnych 30 wychodzi na zwykłe szlaki wysokogórskie jak na przykład u nas z Hali Gąsienicowej przez Krzyżne do Dol. Pięciu Stawów), a co najwyżej 20 idzie na szlaki poprowadzone w trudnym terenie skalnym przez ściany, żleby i granie. Dość powiedzieć, że idąc via ferratą na Tofana di Roses można w ciągu dnia spotkać 10-30 osób, gdy tymczasem przez schronisko Giussani, ostatnie przed kopułą szczytową, przewija się kilkaset osób. Podobnie jest pod Civettą, pod Marmoladą, pod każdą z popularnych gór w Dolomitach. Nie jest to spowodowane żadnym przepisem administracyjnym i żadnym ograniczeniem wynikającym z przepisów ochrony przyrody. Wynika to jedynie z odpowiednich informacji na mapach i w przewodnikach i z właściwego rozumienia tych informacji przez turystów. To powoduje, że tak niewielu turystów, w stosunku do ogólnej ich liczby; idzie na trudne skalne szlaki Po prostu wszyscy zainteresowani chodzeniem po górach wiedzą, co to jest via ferrata. Kto chce tam iść, odpowiednio się przygotowuje i to wszystko.Jest via ferrata szlakiem poprowadzonym najczęściej w terenie eksponowanym, w ścianie lub po grani. Rozróżnia się via ferraty łatwe, nieco trudne, trudne, bardzo trudne i skrajnie trudne. Stopień trudności zależy od ilości ubezpieczeń i od poziomu ekspozycji. Czasem wspinania nie ma wiele, ale szlak wiedzie terenem eksponowanym, na przykład jest to długi trawers w ścianie, innym razem turystę czeka naprawdę duży wysiłek fizyczny i musi wykazać się niezłą technika w naturalnej wspinaczce w skale przypokonywaniu pionowych kominów lub przewieszonych fragmentów ściany. Głównym elementem via ferraty jest lina stalowa zakotwiona sztywno w skale. Do tej liny turysta wpina się przy pomocy zestawu do autoasekuracji. Dzięki ternu turysta ma pełną swobodę poruszania się po szlaku, może wspinać się w naturalny spos6b, a nie jak na tatrzańskich szlakach, gdzie turyści trzymają się sztucznych ułatwień. W razie poślizgnięcia lub utraty chwytu albo stopnia upadek w przepaść na odcinku ubezpieczonym via ferratą jest praktycznie niemożliwy. Turysta co najwyżej może się trochę potłuc, nawet złamać nogę, ale nie zabić, bo upadek zostanie zatrzymany przez przybory do autoasekuracji. Na via ferratach także spotyka się sztuczne ułatwienia, ale występują sporadycznie i w ograniczonej formie. Czasem są to tylko żelazne pręty wbite w skałę, rzadziej drabinki i klamry. Zawsze towarzyszy turyście stalowa lina. Co innego na Orlej Perci. Turyści trzymają się łańcuchów - mokrych, rdzewiejących lub oblodzonych, wspinają się po klamrach i drabinkach bez żadnego zabezpieczenia. W tych warunkach każdy przypadek ześlizgnięcia z klamry czy utraty chwytu na łańcuchu kończy się upadkiem, najczęściej z tragicznym skutkiem. Nie ma też mowy o naturalnym wspinaniu po skale jeśli niemal wszyscy trzymają się "żelastwa". Na via ferracie nie ma praktycznie możliwości zejścia ze szlaku, zabłądzenia, tak jak dzieje się dość często na Orlej Perci, gdzie wydeptano sporo "wariancików" omijających ostrze grani lub wyprowadzających na grań. Na via ferracie turysta idzie bądź wspina się wzdłuż ubezpieczeń, nikt normalny nie zbacza ze szlaku, zresztą prawie nie zdarzają się skróty czy warianty. Ma to zasadniczy wpływ na otoczenie szlaku. To, że nikt nie wydeptuje wspomnianych skrótów lub obejść, skutecznie zapobiega erozji turystycznej, zaś odpowiedni sprzęt, budowa i przebieg szlaku zapobiega wypadkom. Wymogi stawiane przez tego typu szlaki w praktyce eliminują tych nieprzygotowanych, którzy w tatrzańskich warunkach poruszają się po szlakach wysokogórskich.
W połowie lat 90. była szansa takiego przemodelowania Orlej Perci oraz towarzyszących jej szlaków dojściowych, by spowodować radykalne, ale i naturalne zmniejszenie ilości turystów na terenie między Świnicą a Krzyżnem. Podjęto remont Orlej Perci trwający wiele lat, pochłaniający wiele wysiłku i środków finansowych. W jego efekcie nie osiągnięto żadnego z założonych celów, choć po prawdzie jedynym celem była wymiana starych tzw. ubezpieczeń na nowe. Mówię o tym ze sceptycyzmem, ponieważ w wielu przypadkach nowe skoble z łańcuchami wypadały ze skały, co stanowiło dodatkowe niebezpieczeństwo, dopiero kolejne prace i kolejne wydatki wyeliminowały niedoróbki. Przed remontem środowisko wspinaczy i turystów postulowało przebudowę wspomnianych szlaków na szlak typu via ferrata. Uzyskano by także podniesienie poziomu bezpieczeństwa turystów, a niewielka korekta przebiegu szlaku spowodowałaby znaczne ograniczenie erozji turystycznej, bowiem w terenie skalnym niemal zawsze istnieje możliwość takiego poprowadzenia szlaku, by biegł po skale, bez konieczności przemieszczania bloków skalnych, przekopywania ścieżek i układania sztucznych stopni lub chodników. Ówczesna dyrekcja TPN odrzuciła ten wniosek przy czym rozważano następujące rozwiązania organizacji ruchu turystycznego w rejonie Orlej Perci: po pierwsze, całkowite zamknięcie Orlej Perci i demontaż ówczesnych "ubezpieczeń", po drugie, dopuszczenie ograniczonego ruchu wyłącznie z przewodnikami z licencją TPN, po trzecie, dopuszczenie ruchu na dotychczasowych zasadach po gruntownym remoncie nawierzchni szlaków i tzw. ubezpieczeń. Sposób remontu uzasadniano brakiem tradycji budowy i korzystania ze szlaków typu via ferrata w Tatrach. Argumentowano, że nasi turyści nie posiadają odpowiednich przyrządów do autoasekuracji i szlak musi być powszechnie dostępny, albo... wcale. Tak wylano dziecko z kąpielą i zmarnowano niepowtarzalną szanse prawdziwej modernizacji szlaku. W rezultacie zamiast kilkudziesięciu osób dziennie, przez Perć i szlaki dojściowe przewija się osób kilkaset, nie podniesiono poziomu bezpieczeństwa szlaku, stare zagrożenia powodowane tłokiem w miejscach szczególnie trudnych pozostały. Pozostał hałas, pozostała możliwość wydeptywania skrótów i błądzenia. Muszę podkreślić, żevia ferraty w Dolomitach i podobne szlaki w innych częściach Alp są powszechnie dostępne. Argumentacja o konieczności powszechnego dostępu jest zupełnie chybiona. Czym innym jest powszechny dostęp, którego nikt nie zabrania, a czym innym dostępność terenu górskiego.
Gospodarze terenu nie rozumieli istoty szlaku typu via ferrata. Argument o braku odpowiedniego wyposażenia naszych turystów także jest nie do przyjęcia. Przecież nikt nawet na Zachodzie nie rodzi się w uprzęży i z karabinkiem. Biorąc pod uwagę wszystkie elementy wyposażenia turysty górskiego i związane z nimi wydatki, zakup zestawu do autoasekuracji nie jest szczególnie uciążliwy. Przypuszczam więc, że grono osób chcących świadomie korzystać z tatrzańskich szlaków przebudowanych na wzór via ferraty szybko rozrosłoby się do rozsądnych rozmiarów, natomiast zmalałaby ilość osób idących w góry bez przygotowania. Skoro w krajach alpejskich świadomość odpowiedniego wyposażenia w górach jest powszechna wśród turystów, to również nasi turyści wzorem innych uzupełniliby wymagany ekwipunek.
Jakie jeszcze korzyści można osiągnąć zamieniając luźne łańcuchy na stalowe poręczówki? Przy jednoczesnym znacznym ograniczeniu ruchu i selekcji turystów takie szlaki przyciągnęłyby turystów z Europy Zachodniej, którzy chcieliby poznać coś nowego po doświadczeniach alpejskich. Orla Perć przypominająca via ferratty może być jedynym wysokogórskim szlakiem długodystansowym na północ od Alp, szlaki dojściowe i inne szlaki, na przykład na Rysy, nieco przemodelowane byłyby równie atrakcyjne, a przede wszystkim dużo bezpieczniejsze. Odpowiednia informacja o takich szlakach dostępna turystom poza Polski byłaby dobrą zachętą do odwiedzin Podhala, Zakopanego i Tatr. Podobne działania po słowackiej stronie gór wyeIiminowałyby tzw. dziką eksplorację gór przez wielu turystów, choć oczywiście spadłoby zainteresowanie usługami przewodników, którzy i tak nie cieszą się dużym wzięciem.
Czy szansa właściwego i prawidłowego remontu - przebudowy tatrzańskich szlaków wysokogórskich została całkowicie zaprzepaszczona? Chyba nie, a biorąc pod uwagę jakość wykonanych prac i tłok w górach wydaje się, że już wkrótce trzeba będzie je poprawiać. I trzeba będzie to zrobić tak, by uzyskać stan pożądany dla bezpieczeństwa turystów, atrakcyjności szlaków i bezpieczeństwa przyrody gór. Skąd brać środki na wykonanie prac? Trzeba powiązać turystykę górską z systemem ubezpieczeń od wypadków, wówczas towarzystwa asekuracyjne mogą sponsorować odpowiednie prace. To problem, którego rozwiązanie leży w świadomości rzesz turystów. Wystarczy, że powszechną będzie wiedza o konieczności ubezpieczania się przed wyjazdem w góry, tak jak robią to turyści w Austrii, Włoszech, w Niemczech. Tam nikt nikogo me zmusza do wykupienia ubezpieczenia, wystarczy świadomość, że za ewentualną, akcję ratunkową turysta będzie musiał zapłacić z własnej kieszeni.
Stoi przed środowiskami turystów i miłośników Tatr problem do rozwiązania. Można go rozwiązać wzorując się na przykładach z krajów alpejskich. Nie trzeba niczego niszczyć, nie trzeba niczego zabraniać, mnożyć przepisów i reglamentować dostęp do gór, kwestie techniczne leżą w zasięgu możliwości gospodarzy terenu. Potrzeba jednak chęci i zrozumienia proponowanych powyżej rozwiązań z jednej strony oraz informacji i edukacji środowisk turystycznych z drugiej. Obecny kształt Orlej Perci i podobnych jej szlaków nie może być uzasadniany tradycją, jak robiono to w 1996 roku. Już jako anegdotkę przytoczę wrażenia turystów, jeszcze ze Związku Radzieckiego, którzy tak opowiadali na łamach jednego z polskich pism turystycznych o Orlej Perci: a wysoko w górach, spotkaliśmy łańcuchy, które prawie przed stu laty rozwiesili troskliwi mnisi. Możejest to atrakcja, jak dla turysty z Zachodu widok rolnika orzącego pole z pomocą konia, ale z bezpieczeństwem turystów i górskiej przyrody niewiele ma to wspólnego. Najwyższy czas to zmienić i choć raz skorzystać z pozytywnych wzorców urządzania gór, zamiast ulegać lobby narciarskiemu i reprezentantom tzw. przemysłu turystycznego budującym kolejki linowe wywożące w góry wielotysięczną liczbę pseudoturystów.
Juliusz Wysłouch
|